
Zastanawia mnie, jak powinien reagować człowiek myślący, na wyliczankę w stylu: „nienawidzę tej pory roku” (za zimno w zimie, za gorąco w lecie), „nie mogę znieść tego kraju, bo niechybnie zmierza ku ekonomicznej przepaści”, „mój biedny kot przeszedł już piąty zabieg, nie licząc kastracji, i bardzo cierpi” – żeby nie popaść w przygnębienie.
Czy wypada: zignorować zgorzkniałe tematy narzucane i zacząć opowiadać – o czymś przyjemnym – by – w rezultacie – urazić uczucia rozmówcy?
Uwielbiam moich znajomych. Są inteligentni, wrażliwi, a gdyby wyjęto im serca – okazałoby się, że to złoto najwyższej próby. Czemu zatem, pytani, czy nie pytani – serwujemy sobie nawzajem pogawędkę w polskim stylu, skupiając się na porażkach diagnostyki medycznej, nieudanych operacjach z błędem w sztuce lekarskiej w tle, niepowodzeniach własnych, troskach codziennych, biznesowych upadłościach, jednym słowem – niepowetowanych stratach.
Wyczytałam, że ten swoisty klimat, tworzony podczas incydentalnych spotkań ma służyć (to nie jest żart!) – „ku pokrzepieniu serc”. Mówiąc dużymi literami, znajomy po to opowiada mi o tym, że zbankrutował, żebym poczuła się lepiej (szczęśliwie się składa – że mam umowę o pracę, więc – w mniemaniu kolegi – mogę spać spokojnie).
Pewnie należy w takich sytuacjach, kierując się empatią, rzucić interlokutorom na pożarcie, chociażby, własne bolączki. Powiedzieć na przykład: „mam wrzody, rozwód i kredyt hipoteczny”, albo „szef jest toksyczny, garściami wychodzą mi włosy (z przemęczenia), a w sobotę przyjeżdża kuzynka z Pułtuska i zostaje do końca weekendu”.
Jako kobieta pracująca – (prawie) wszystko robię w biegu. Notoryczne narzekanie jest dla mnie nie do zniesienia i zdecydowanie przerasta mój potencjał w zakresie inteligencji emocjonalnej. W kwestii tolerancji na tematy, opisujące żenującą teraźniejszość, reprezentuję typ: mniej, niż zero. Nie znaczy to, oczywiście, że chciałabym zmienić się w kogoś, kto uśmiecha się, jak pracownik hotelu Hilton, wpuszczający gości do windy. Albo, że chciałabym rezonować ze szczęściem w amerykańskim stylu. Ale, opowieści ludzi o tym, jak wiodą żywot robaczywy z partnerem z przysłowiowej łapanki u boku odbierają mi apetyt na życie.
Co wtedy robię? Ćwiczę w myślach coraz szybszą wymowę zdania: „To co, że ze Szwecji” i zamykam się szczelnie w kapsule własnych myśli. Spoglądam na coś zielonego (sposób mojego ojca), a gdy to nie pomaga – odcinam bezprzewodowe połączenie ze światem ludzi zadowolonych inaczej.
Rozmowy podszyte cierpiętnictwem nazywam cichym zabójcą udanego dnia. Zatem, gdy ktoś notorycznie narzeka, przestańmy mu wtórować (że ten kraj to katastrofa, nie mówiąc już o stanie dróg i oświaty…).
Delikatnie, z wyczuciem, zmieńmy płytę na weselszą, lub – neutralną. Życie, jak napisano, nie jest fotograficzną ciemnią.
Chociaż, z drugiej strony, te przydługie wieczory mogłyby wreszcie się skończyć, prawda?..
AGNIESZKA PODŁUCKA
Zdawać by się mogło, iż w dobie cyfrowego sprzętu fotografi...
Virginia Woolf to angielska pisarka, modernistka i feministk...
06/04/2011 09:40
Oj tak, uwielbiamy narzekać :) ale może rzeczywiście jest to forma pocieszania drugich :) Jak już czuć wiosnę w powietrzu to może będziemy mieli mniej ochoty na narzekanie, wiosna to taki powiew optymizmu:) Proszę o więcej tekstów Pani Agnieszki