
Już od dawna zastanawiam się, dlaczego Polki tak chętnie oglądają seriale? Chyba za-częło się od „Niewolnicy Izaury”, a potem już z górki - droga do nałogowego gapienia się w brazylijskie opery mydlane była już prosta.
Z własnych obserwacji mogę śmiało powiedzieć, że oglądanie, nie oszukujmy się, pustych seriali to nasza narodowa ułomność. Wystarczy ro-zejrzeć się we własnym otoczeniu. Dla przykładu – co robi moja mama, gdy kończy się jeden serial, a w jego miejsce jest emitowany kolejny? Oczywiście wciąga się w następny. Jest to wtedy święta godzina, nie można przeszkadzać, ani broń Boże burzyć tego porządku dnia.
Najbardziej gra na nerwach polska podróbka „Ostrego Dyżuru”, czyli „Na dobre i na złe”. Tak cudownych, szczególnie uzdolnionych, miłych lekarzy tylko ze świecą szukać. A nie wspomnę już, że w Polsce jest dość duży procent ludzi, którzy wierzą w seriale, np. moja babcia jest przekonana, że istnieją takowi właśnie specjaliści ze szpitala w Leśnej Górze i jej chore stawy też mogliby na pewno uleczyć (swoją drogą, dobrze, że babcia nie ogląda „dr Hous’a”). A może to taki chwyt i serial ma służyć poprawie wizerunku polskiej służby zdro-wia? Kolejna tragikomedia to „Klan”, ale tu już w ogóle brak mi słów.
Duży szum medialny wywołał serial TVN-u „Brzydula”. Właściwie to nie wiem o co tyle hałasu. Wątek znany doskonale na całym świecie, film kręcony w każdym zakątku ziemi. Fabuła – no cóż, przewidywalna... Od początku śmierdział brazylijską telenowelą. Niezbyt urodziwa, ale mądra dziewczyna zakochuje się bez pamięci w swoim przystojnym szefie.
Zastanawia mnie dlaczego nie mogłoby choć raz być odwrotnie, kobieta na wysokim stanowisku, a jakiś nijaki facet, zakompleksiony i nieszczęśliwie zakochany. No cóż, takie cuda, to nie w telewizji. Na szczęście doszukałam się jednej pozytywnej kwestii - główna bohaterka przechodzi metamorfozę i przeistacza się z cichej, szarej myszki w piękną, pewną siebie i ambitną kobietę. Jak zwykle wszystko kończy się Hapy End’em, bo jakżeby inaczej.
Jeden komercyjny serial się skończył, a na jego miejsce TVN wprowadził kolejny „Majkę”, a potem „Prosto w serce”. No cóż trzeba iść za ciosem. Jak zwykle bywa, główni bohaterowie to ludzie młodzi, urodziwi, z dobrych domów. On bogaty...i żonaty. Ona niewinna, zagubiona i zakochana...w nim oczywiście.
Widzowie takie bajki kupują. Nasza narodowa naiwność nie ma granic, mimo że przy „M jak Miłość”, „Klanie czy „Plebanii’ - „Z archiwum X” to film oparty na faktach. Ale i tak nic nie pobije na głowę „Mody na sukces”. To jakaś abstrakcja rzeczywistości, gdzie każdy z każdym kręci.
Trzeba zwrócić uwagę, na zależność, że im bar-dziej żałosna i nierealna fabuła, tym serial chętniej oglądany. Jak w chociażby na przykładzie „Majki” widać, że w XXI wieku można, i to skutecznie, wciskać ludziom kit, że przez omyłkę podczas cytologii lekarz możne zapłodnić dziewicę. Jednym słowem niepokalane poczęcie!
Idąc takim tokiem myślenia następny serial TVN powinien opowiadać o dziewczynie, której przypadkiem podczas wizyty u dentysty przeszczepiono nerkę. W ogóle sam pomysł z ciążą poprzez inseminację obcym nasieniem uważam za niesmaczny. Co więcej mógł zniechęcić kobiety do badań profilaktycznych. Na początku pomyślałam: o fajnie, że film promuje bada-nia kontrolne, ale potem uświadomiłam sobie, że niektóre kobiety mogą się przestraszyć, że lekarz się pomyli i zajdą w ciążę. Niestety wciąż wiele osób identyfikuje się z tego typu pro-dukcjami. Ja jednak wierzę, że kobiety nie są tak bezmyślne.
Jest tylko jedno wyjaśnienie tak wysokiej oglądalności seriali w Polsce. Serial daje iluzję cudownego życia, ciepła rodzinnego, przyjaciół na których można zawsze liczyć. Dla młodych kobiet liczą się przede wszystkim historie wspaniałej miłości, takiej, która zdarza się tylko raz w życiu. Płeć piękna z zapartym tchem śledzi codziennie losy bohaterów, marząc jednocześnie, że też kiedyś spotka tak cudownego faceta, przystojnego, kulturalnego, dobrze wychowanego, pełnego wdzięku i dobra.
Tak naprawdę każda kobieta stawia się w na miejscu głównej bohaterki, chciałaby mieć jakąś pasję, dobrą pracę, idealną rodzinę, która ją wspiera i wymarzoną miłość. Nie zdają sobie sprawy, że to tylko serial, nie prawdziwe życie, a nawet jeśli zdają sobie sprawę, to chcą choć na te 20 minut w ciągu dnia żyć w bajkowym świecie miłości, odległym od codziennych problemów i trosk. Tak więc takie seriale są chyba po-trzebne. Każdy chce czasem uciec od życia, choćby w taki sposób. Moim zdaniem lepiej jed-nak nie uciekać, tylko chwytać je za rogi. Po co marzyć o miłości, skoro można ją mieć w realnym życiu.
Wystarczy przestać marnować czas na oglądanie telewizji i zacząć myśleć o sobie. Dość sterylnych seriali!
Renata Kulenty
Zdawać by się mogło, iż w dobie cyfrowego sprzętu fotografi...
Virginia Woolf to angielska pisarka, modernistka i feministk...